Moje podwórko - Zbigniew Bajka

tekst w końcu nie wysłany na konkurs Gazety Wyborczej / Gazety w Krakowie w roku 2004)

Moje podwórko to przez ponad 7 lat tzw. studnia w II Domu Studenckim UJ „Żaczek”, czyli wewnętrzny dziedziniec czworoboku akademika, w którym – w porywach mieszkało – nawet ponad 1300 osób. Nigdy nie dane mi było mieszkać w pokoju, którego okna wychodziły na ową „studnię”, z moich pokoi miałem widok na Jagiellonkę (244), Muzeum Narodowe (699), a najdłużej na Błonia (307 i przede wszystkim 100a). Wewnętrzny dziedziniec był jednak dla mnie ważny jak dla wszystkich mieszkańców, przybyłych do Krakowa po naukę – ze Śląska, Podkarpacia, Kielecczyzny i oczywiście Małopolski. Tędy wędrowało się trzy razy dziennie do stołówki nr 13, tędy przechodziło się do klubu Stary Żaczek, a okresowo nawet tędy szło się na portiernię – usytuowaną obok przejścia do nowego skrzydła Domu i klubu Nowy Żaczek.

Żaczkowa studnia była miejscem wielu różnych imprez. Tu w okresie wiosenno-letnim, a zwłaszcza w czasie Juwenaliów odbywały się różne zawody, tu obwieszczano różne zwycięstwa w konkursach, tu wreszcie koronowany był – na specjalnym podeście – na Króla Waletów – Jan Buszek - kierownik administracyjny II DS-u i wielki przyjaciel studentów. Studnia zmieniała się wówczas w amfiteatr, a w każdym oknie i na narożnych wewnętrznych balkonach wisiało setki widzów. Ich okrzyki zwielokrotnione były przez specyficzną akustykę – ściany wzmacniały wszystkie okrzyki. Szczególnie dawało się to odczuć w okresie sesji. Kiedy zdawało się najtrudniejsze egzaminy – w porze przedwieczornej – otwierały się wszystkie okna do studni i słychać było jeden wielki ryk. Po kilku, czasem kilkunastu minutach wrzawa opadała, okna się zamykały, a studenci wracali do nauki. Nazywaliśmy te chwile wycia „kwadransem seksualnym”, nikt nie pamiętał skąd się wzięła taka tradycja rozładowania napięcia przez krzyk, ale – dopóki mieszkałem w Żaczku – tego rodzaju obyczaj kultywowano w czasie każdej sesji egzaminacyjnej.

Z Żaczkowej studni wchodziło się do kotłowni, która ogrzewała akademik i Rotundę. Pomnę w czerwcu roku bodaj 1967, w czasie sesji pewien student chemii (miał na imię Sławek) nie zaliczył kolejnych dwóch egzaminów i postanowił skończyć z sobą. Wymyślił sobie, że wyjdzie po klamrach na komin kotłowni (nieczynnej wówczas), zawiesi pasek i skoczy w czeluść komina. Tak się też stało, tyle, że pasek się zerwał a Sławek wpadł do komina. Leciał w dół. Obijał się o klamry wewnętrzne, w końcu wpadł do pieca, gdzie leżała gruba warstwa miękkiego popiołu. Jak wyczołgał się z pieca – Bóg raczy wiedzieć, prawdą jest, że usmolony i pokrwawiony wydostał się z kotłowni i dotarł do portierni. Obudzony stukaniem portier pan Górka widząc taką zjawę zemdlał (a człowiek był sercowy). Wezwany na pomoc lekarz dyżurujący na stałe w akademiku, (ginekolog zresztą) Daniel Swędzioł, nie wiedział kogo ratować – Sławka pokrwawionego, czy zemdlonego portiera.

Z podworcem tym wiąże się wiele wspomnień, jak choćby tajemnicze stopy na murze. W pewną noc początkującą Juwenalia (rok był bodaj 1965) na murze nad wejściem do stołówki pojawiły się ślady stóp odbite białym wapnem. Prowadziły po pionowej ścianie aż na piąte piętro do tzw. jaskółki, gdzie kończyły się na małym balkoniku z poręczą. W kolejnych miesiącach i latach słyszałem na ten temat wiele opowieści. Także fantastycznych. Pora więc opowiedzieć jak było naprawdę. Oto przygotowywaliśmy się całą grupą do juwenaliowego Sejmu Elekcyjnego na Błoniach (nie taję, iż był to mój pomysł), na którym zwykle wybierano Seniora Bursy. Szyliśmy stroje, porządkowali różne akcesoria sejmowe, szlifowali scenariusz. Po północy (a noc majowa krótka) ktoś wpadł na pomysł, aby zadzierzystemu portierowi Andrzejowi A. (który akurat miał służbę) zrobić kawał. Ktoś skoczył na budowę hotelu Cracovia i przyniósł wiadro płynnego wapna. Bodaj to Jacek J. (Jopowicz), który był „wspinaczkowcem”, zawiesił przy pomocy innego Jacka D. (Dubrawskiego) kilka lin na górnym balkoniku, tzw. jaskółki. Na jednej zjeżdżał, inna była asekuracyjną, na trzeciej spuszczano wiadro z wapnem. Jacek maczał „wibramy” i odbijał je noskami do góry; stwarzał wrażenie jakby ktoś szedł po pionowej ścianie. Rozwidniało się, gdy Jacek odbił ostatnie „stopy” w okolicach portierni. Prowadzone śledztwo nie ujawniło wtenczas sprawców. Bardzo ciekaw „kto to zrobił?” był zwłaszcza portier A. Myśleliśmy, że z czasem ślady znikną, ale one jakoś się zakonserwowały i dopiero pod koniec lat 70. zamalowano je w czasie kolejnego remontu. Obok mnie w „spisku” uczestniczył jeszcze Tadek Ryłko, późniejszy dziennikarz telewizyjny; byli to moi współpracownicy w Radzie Samorządu, w której byłem przez całe studia, kolejno pełniłem funkcje szefa komisji informacji, wiceprezesa i na koniec – przez dwie kadencje – prezesa Rady Samorządu II DS. UJ Żaczek. Zrobienie owego kawału było możliwe m.in. dlatego, że przygotowywaliśmy w pokoju na parterze, od studni i mogliśmy wychodzić nie budząc portiera. Portiernia mieściła się wówczas – przez bodaj dwa lata – od strony Nowego Żaczka, a wejście było ze „studni”.

Żaczek był miejscem magicznym, a jego mieszkańcy pochodzili spoza Krakowa. Ja należałem do grupy nielicznych, którzy znali Kraków, przyjechałem tu bowiem kilka lat wcześniej, chodziłem tu do liceum i zdawałem maturę. Ale rodzinnie należałem do silnej grupy kieleckiej, która wydała wielu dzisiejszych profesorów Uniwersytetu, ale także wielu oryginałów, jak choćby słynny Jan Kazimierz Feliks Wrona z Samsonowa powiat Kielce (obecnie we Francji), o których pamiętają starzy mieszkańcy Żaczka. Kiedy rozpoczynałem studia nie było zwyczaju spoufalania się ze starszymi kolegami. Niektórym nawet mówiliśmy przez „pan”. Za to pod koniec lat 60. była już pełna fraternizacja. Dlatego do dziś pamiętam jak cieszyły mnie (początkującego beana) rozmowy z ówczesnych szefem samorządu Leszkiem Aleksandrem Moczulskim (zwanego Maczalinem lub Suwalskim), jego kolegą z polonistyki Maćkiem Szumowskim, bezkompromisowym redaktorem Zbyszkiem Swięchem, przemykającym się do klubu by poćwiczyć na pianinie – Leszkiem Długoszem, sympatycznym Bułgarem Bojanem Biołczewem (dziś rektorem Uniwersytetu Sofijskiego im. Klimenta Ohrydzkiego) i wieloma, wieloma innymi kolegami z naszej BURSY. W początkach mojego mieszkania w Żaczku mieszkali także studenci innych uczelni, m.in. naprzeciwko mnie na III piętrze mieszkał Zbyszek Regucki. Była także mała grupka „plastyków” z ASP; zapamiętałem m.innymi Jurka Woziwodzkiego (poźniejszego szefa ZPAP-u), Mariana Paciorka (dzisiaj profesora ASP) i – nieżyjącego już – Rafała Lisowicza, zaprzyjaźnionego z Teatrzykiem „Hefajstos”. Przed moim przyjściem do Żaczka, mieszkał w nim także mój brat – Janusz, student ASP, który jest autorem znanego porteru „Jana Buszka w gronostajach”. Za te gronostaje dostałem – jako pomysłodawca obrazu – reprymendę od JM Rektora Klimaszewskiego.

Na swój sposób podwórko to przypominało starożytną agorę – miejsce spotkań i dyskusji, tu przecinały się ścieżki mieszkańców oraz tych, którzy ich odwiedzali. A był wówczas Żaczek najważniejszym domem studenckim w Krakowie, w tych latach zarówno DOM jak i jego KLUB zdobywały pierwsze miejsca w konkursach ogólnokrajowych. Myślę, że warto by historię tamtych dni zachować dla potomności. Być może uczyni to Klub Byłych Mieszkańców DS.-u Żaczek, który ma powstać jesienią tego roku.

P.S. Z tego co wiem jestem jedynym prezesem samorządu „Żaczka”, urzędującym przez praktycznie dwa lata (od pocz. 1967 roku do końca października 1968). Przede mną byli: Zbigniew Bąk, Adam Puszkar, Artur Bober, Hołyś, wcześniej nieco Leszek Moczulski, a następna kadencję po mnie Jurek Bubik.

Zbigniew Bajka