Antoni Potoczek - kochał życie jak nikt

  Że żyje już tylko w naszej pamięci jest tak niewiarygodne, jak całe Jego życie – nie znam człowieka, który byłby aż tak wolny od banału: nie sposób doń odnieść najbardziej znanych wypowiedzi mędrców tego świata na okoliczność przejścia Tam.

 

  

 

     Antoni Potoczek

  

(*5 II 1953 w Chełmcu pod Nowym Sączem – † 29 VIII 2016 w Krakowie)

 

 

  

Kochał życie jak nikt

 

  • rozrastające się wspomnienie

 

 

 

Leszek Wołosiuk

 

 

 

 

I. Nie ma Go, a jest

 

1.

 

Przejść Tam – co to znaczy?

 

Weźmy choćby cytat z Josepha Conrada (*1857 – † 1924) – znany autor miał stwierdzić, że historię ludzkości można spisać nas bibułce od papierosa, a brzmiałaby ona:

 

Ludzie rodzili się, cierpieli i umierali.

 

Owszem, „rodzili się”, „umierali” – ale z cierpieniem jest kłopot: owszem „cierpieli”, lecz także szukali sensu, wierzyli, że go odnajdą, a kiedy tak się stawało, radowali się, kiedy tak się nie stawało, smucili się, upadali...

 

Ale podnosili się – i znowu szukali...

 

Gdy chodzi o Antka, ryzykuję sąd, że częściej cieszył się, kiedy ten sens odnajdywali – mimo, iż pamiętam, że gorsza strona natury ludzkiej ciekawiła Go niezmiernie. Tę dobrą stronę zostawiał Opatrzności: – Tylko Bóg może dogrzebywać się dobra w człowieku, w końcu go stworzył – tłumaczył. – Ja nie czuję się na siłach – dodawał.

 

Czyżby?

 

A cóż innego robiłeś, jako rzecznik obwinionych broniąc przed sądami koleżeńskimi studentów posądzonych o rozróby? Ilu osobom pomogłeś dostać zlecenie w Studenckiej Spółdzielni Pracy „Żaczek”, iżby mogli sobie zapracować na własne wesele, a czasem i na chrzciny dzieci? (Jesteśmy z pokolenia, które już w czasie studiów wchodziło w arkana życia rodzinnego – małżeństwa studenckie, przychodzące na świat dzieci.) Iluż bliższym i dalszym znajomym pożyczałeś na wieczne nieoddanie? Może i nie czułeś się na siłach „dogrzebywać się dobra w człowieku” – aleś je czynił.

 

I to, jestem pewien – liczy się Tam, gdzie liczyć się powinno

 

2.

 

Albo inna fraza, z księdza-poety Jana Twardowskiego (*1915 – 2006) – znana u nas do bólu:

 

Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą.

 

Fakt, „szybko odchodzą” – ale gdy chodzi o Antka, z tym „kochaniem” i zwłaszcza ze „śpieszeniem się” nie do końca prawda. Przecież wszyscy Go kochaliśmy – i kochamy! Odkąd każdy z nas Go poznał – nawet wtedy, gdy w czasie rozmowy z Nim, i po niej, zgrzytał zębami...

 

Nienawidził konwenansu, sztuczności, maski, jakie przybieraliśmy, żeby odnaleźć się w świecie, z którym, sądziliśmy, trzeba się jakoś ułożyć.

 

– Jak? – pytałeś tak głośno, że odpowiedź: – Jakoś... – rozmywała się w tych trzech kropkach.

 

Bośmy chcieli przejść obok, prześlizgnąć się „jakoś” – dobrze wiedziałeś, że tak się nie da, że życie, najskromniejsze nawet, ma swoją cenę...

 

3.

 

Trzeci fragment jest z Księgi Koheleta (3, 1-2, 4, 7, 8), gdzie tenże Eklezjastes (na przełomie III i II wieku przed Chrystusem) objawiał Mądrość Bożą – lecz bardzo po ludzku:

 

Wszystko ma swój czas...

Jest czas rodzenia i czas umierania,

czas sadzenia i czas wyrywania tego, co zasadzono...

czas płaczu i czas śmiechu, czas zawodzenia i czas pląsów...

czas milczenia i czas mówienia...

czas wojny i czas pokoju...

 

W nas, jako ludzi „w myślach, słowach i uczynkach”, a najbardziej „w zaniechaniach” po 29 sierpnia 2016 (odkąd Antka nie ma na wyciągnięcie ręki pod „Vis à vis”, czy wystukanie kilku cyfr w telefonie), w nas uderzają te „czasy”: „umierania”, „wyrywania tego, co zasadzono”, „płaczu”, „zawodzenia”, „milczenia”, „wojny” – ale też jako stworzonych „na obraz Boży” podnoszą nas na duchu i nadają sens te same „czasy”: „rodzenia”, „sadzenia”, „śmiechu” „pląsów”, „mówienia” i „pokoju”.

 

Taki nasz los: miotanie się pomiędzy dobrem i złem – nie w wyobraźni tylko, głównie w rzeczywistości...

 

I to miotanie się chcielibyśmy ukryć: przed innymi – a jeszcze bardziej przed sobą. Często żądamy szczęścia, zdrowia, pomyślności – chcemy być wiecznie młodzi, zdrowi i bogaci.

 

Podśmiewałeś się, Antek, z takich pragnień: – Młody mogę być co najwyżej duchem, a i to nie zawsze, bo ciała już nie stać na wszystkie uniesienia duchowe. Mając do wyboru: być zdrowym i głupim, czy mądrym i chorym, wybieram te drugie – bo wyzdrowieć można w dzisiejszych czasach łatwiej, aniżeli zmądrzeć. Bogactwa do grobu się z sobą nie weźmie – najlepiej mieć tyle, żeby inni mnie szanowali, a nie przeklinali.

 

Tak mówiłeś – i miałeś rację.

*

 

 

II. Jest, ale jakby Go nie było

 

1. Antek Potoczek urodził się 5 lutego 1953 w Chełmcu, wsi, która jest siedzibą gminy pod Nowym Sączem, a dla której parafią był kościół „na Helenie”- co było nawiązaniem do drewnianego kościoła pw. św. Heleny z XVII wieku., której imię nosi do dziś tamta parafia sądecka, choć wzniesiona w latach 70. i 80. XX w. świątynia ma wezwanie Świętego Krzyża.

 

Jego ojcem był Stanisław Potoczek, syn Jana, jednego ze współzałożycieli ruchu ludowego w ówczesnej Galicji. Dziadek zatem Antka, Jan Potoczek (*1857 – † 1941), był pierwszym chłopskim posłem do austriackiej Rady Państwa (w latach 1891-1907 i 1911-1914), współtwórcą wraz ze swym starszym bratem, Stanisławem Potoczkiem (*1849 – † 1919) oraz sekretarzem Związku Stronnictwa Chłopskiego (od 1893), potem posłem na Sejm Ustawodawczy RP (1919-22) z ramienia Polskiego Zjednoczenia Ludowego. Ci dwaj Potoczkowie, dziadek Antka, Jan, i brat jego dziadka, Stanisław, współtworzyli w ostatniej ćwierci XIX stulecia polski ruch ludowy – byli znanymi ludowcami nie tylko na Sądecczyźnie, ale i w Galicji oraz w Wiedniu, a po roku 1918 w całej Polsce.

 

Matką Antka jest pochodząca z Maszkowic Leonia ze Skutów Potoczkowa – pracowała w administracji szpitala w Nowym Sączu (w ewidencji chorych).

 

Ojciec Antka, wspomniany Stanisław Potoczek (* 1912 – † 1981), syn wymienionego wyżej Jana Potoczka, podczas II wojny światowej działał w Batalionach Chłopskich, za co po 1945 był sądzony i torturowany w czasie przesłuchań – jego życie warte jest odrębnej monografii. Także o tym, jak Polacy próbowali ułożyć sobie życie – na gruzach II RP i w rzeczywistości PRL-owskiej. Tu przytoczę słowa – usłyszane od Antka o jego ojcu:

 

– Po wojnie ojciec prowadził przedsiębiorstwo przewozowe. Przewoziło wydobywane z Dunajca i Popradu kamienie, z których składano fundamenty domów, wznoszonych w okolicy Nowego Sącza. Miał konie i wozy, na których dawało się to przewozić: poza samym transportem trzeba to było załadować i wyładować – opowiadał, pokazując umięśnione ręce, sam bowiem z polecenia ojca często kierował tymi przewozami.

 

– Kiedy młodsi bracia w 1980 zapisali się do „Solidarności”, ojciec był przerażony. „Synu, w 1945 roku mieliśmy tysiące ludzi zahartowanych w bojach o niepodległość Polski, z bronią. Wszystko to opanowali ludzie z bezpieki w PRL w ciągu kilku miesięcy – i co oni teraz (w 1980) chcą?! Z ich wołań przyjdzie Polska? Nie przyjdzie – aż nie zmieni się sytuacja międzynarodowa...”.

 

– I kiedy w 1989 roku zmieniła się, wolałbym, żeby w Polsce zapamiętano, że stało się to nie tylko dzięki „wkładowi Polaków” (choć on był!), ale dzięki zmianom w tej sytuacji, w ZSRS pojawił się Gorbaczow... – mawiał Antek. – Polacy powinni pamiętać, że są „cząstką sytuacji międzynarodowej”, i dopóki w Rosji nie pojawią się ludzie w rodzaju Gorbaczowa...

*

 

Rodzina Potoczków, synów i córek Jana i Stanisława Potoczków, dała krajowi nauczycieli – jego (Antka) wuj, Stanisław Potoczek, syn brata dziadka, Stanisława, był w Krakowie w latach 60. i 70. dyrektorem V Liceum im. Augusta Witkowskiego, wzniesionego w l. 1893-95 w stylu neorenasansowym, potem znanego (także w RRL) i do dziś liczącego się w mieście i kraju. Jego ciotki, Anna (w rodzinie zwaną Andzią), Zofia i Maria Potoczkówny, były nauczycielkami na... Kielecczyźnie. Na Sądecczyźnie wtedy nie było etatów! Dopiero po 1945 wróciły do Sącza – Andzia uczyła Antka w podstawówce. O wuju, Stanisławie, dyrektorze wspomnianego V Liceum w Krakowie, Antek wyrażał się z uznaniem – gdy chodzi o ciotki, przestrzegał nas, że w czasie jego wesela będą chciały z nami tańczyć „do upadłego”, krzycząc: „Kto ze mną nie zatańczy, skończy źle!” Pomny tych ostrzeżeń, pamiętam, z jaką trwogą poprosiłem na weselu Antka w 1980 do tańca ciotkę Andzię. Tańczyła świetnie! – i znakomicie dała się prowadzić! Tu Antek w tych przestrogach przesadził – jak zwykle!

 

No i, skoro przy tym jestem: ślub Antka z Grażyną Adamczykówną w dniu 3 VIII 1980 – w kościele św. Anny w Krakowie. I wesele – w „Żaczku”, bo gdzież indziej miałoby się odbyć? Tańczyliśmy do upadłego – nie pamiętam jak znalazłem się w pokoju w „Nowym Żaczku”. W niedzielę w południe, obudził mnie pan młody, Antek: – Wołosiuk, czas na poprawiny!...

 

A potem narodziny pierwszego dziecka Antka – Pawła Potoczka (1981) – kiedy Grażyna i Antek mieszkali już na ulicy Helclów, naprzeciwko wzniesionego przez Annę z Treutterów i Ludwika Helclów i oddanego do użytku w 1900 domu opieki społecznej, gdzie – jak mawiał Antek: – Naprzeciw staruszki o pergaminowych twarzach. – Dziecko zdrowe, nakarmione, powinno spać – powiadał. A Paweł darł się – w niebogłosy. – Widać, ma to po ojcu – zauważyłem. – Z opowiadań rodzinnych wiem, że byłem najspokojniejszym dzieckiem w rodzinie! – oburzył się.

 

Gdy na świecie zjawiła się Oleńka Potoczkówna (1983) – było podobnie. – Nie wiem, to dziewczynka, w mojej rodzinie byli chłopcy – orzekł Antek.

 

Dopiero Ania Potoczkówna (1992), która urodziła się, kiedy Grażyna i Antek mieszkali już na ulicy Garbarskiej, zmieniła tę sytuację – zdrowa i nakarmiona spała, jak dziecku przystoi. – Na pewno ma to po mnie – cieszył się Antek.

 

2.

 

Warto wspomnieć, że od 1989 Antek próbował pociągnąć rodzinną tradycję działań politycznych – do odnowionego Polskiego Stronnictwa Ludowego wszedł z Polskiego Stronnictwa Ludowego, tzw. ”Wilanowskiego” – partii politycznej, założonej 15 sierpnia 1989 w Wilanowie przez działaczy Polskiego Stronnictwa Ludowego z lat 1945–1949 i „Solidarności” Rolników Indywidualnych, i gdzie 15 VIII 1989 powołano Tymczasowy Naczelny Komitet Wykonawczy tego ugrupowania (prezes – Franciszek Kamiński, wiceprezesi: Hanna Chorążyna, Franciszek Kieć i Stanisław Laskowski), a na II Kongresie partii (11 XI 1989) prezesem został ponownie Franciszek Kamiński, Hannę Chorążynę wybrano na przewodniczącą Rady Naczelnej; 5 V 1990 na Kongresie Jedności PSL „Wilanowskie” połączyło się z Polskim Stronnictwem Ludowym „Odrodzenie” i sześcioma organizacjami wojewódzkimi Polskiego Stronnictwa Ludowego „Solidarność”, tworząc jednolite Polskie Stronnictwo Ludowe „z zachowaniem i kontynuacją tożsamości PSL z 1946”. Pierwszym prezesem tej organizacji został Roman Bartoszcze – jeden z liderów „Solidarności Chłopskiej”, potem NSZZ Rolników Indywidualnych „Solidarność”.

 

W 1989 Antek włączył się w kampanię wyborczą – natrafił jednak na opór działaczy ze Zjednoczonego Stronnictwa Lukowego (PSL „przekształcony” w PRL w partię popierającą PZPR), którzy w lwiej części tworzą obecne PSL.

 

3.

 

Do dziś nie wiem, jak Antek z PSL wybył, a stało się to jeszcze w latach 90., za koalicji SLD-PSL – przypuszczam, że nie podobał się ludowcom jego niewyparzony język.

 

Przy wszystkich tych usiłowaniach politycznych, Antek twardo trzymał się życia – toteż próba uczestnictwa w reaktywowaniu ruchu ludowego okazała się epizodem. Wszedł w realia gospodarcze – najpierw prowadząc z najmłodszym bratem, Janem Potoczkiem, przetwórnię wędliniarską, w latach 90. został prezesem Małopolskiej Giełdy Rolniczo-Ogrodniczej, a ostatnio prowadził jednoosobową firmę zarządzającą kilkoma kamienicami. – Praca nie hańbi, każdy musi z czegoś żyć – mawiał.

*

 

Jak wiadomo, Antek prowadził niebywale szerokie życie towarzyskie – w czym wspierała go żona, Grażynka, a potem także dzieci, Paweł, Oleńka i Ania. Iluż z nas, jego znajomych i przyjaciół wpadało do nich, najpierw do pokoju w „Żaczku”, potem na Helclów i wreszcie na Garbarską – u Potoczków zawsze można było się dowiedzieć, co dzieje się wśród innych Żaczkowiczów, w mieście, w kraju, w świecie, wszędzie tam, gdzie wielu z nas się znalazło. Potoczkowie byli i są ciekawi świata – otwarci na innych, co było i jest, owszem, miłe dla nas, ale i, o czym warto pamiętać, mogło być uciążliwe i kosztowne dla Nich.

 

– Dla innych nie szkoda mi czasu, ani nawet pieniędzy – mawiał Antek. – W końcu tyle jesteśmy warci, ile dla innych zrobiliśmy. A czasem nie zrobiliśmy, a jedynie ostrzegli, by ktoś czegoś nie robił – dodawał.

 

Gdyby nie Jego determinacja i rozległe więzi z wieloma z nas, chyba nie powstałoby Stowarzyszenie Mieszkańców „Żaczka”, byśmy od kilkunastu już lat mogli się spotykać – był spiritus movens tych działań i spotkań.

*

 

 

III. Był, jest i będzie

 

1.

 

 

Dziś Antek patrzy Stamtąd na byłych mieszkańców najbardziej znanego akademika w kraju – a przez nas najbardziej ukochanego miejsca wspomnień z młodości.

 

Gdy „Żaczek” w 1976 obchodził hucznie półwiecze, my, uczestnicy złotego jubileuszu życzyliśmy sobie również i tego, by dożyć stulecia oddanego w 1926 przez Stowarzyszenie Bratniej Pomocy UJ domu dla braci studenckiej – dla dwudziestoparolatków nie wydawało się to niemożliwe. Planowaliśmy nawet, by w „międzyczasie” spotykać się co dziesięć lat.

 

Późniejsze wydarzenia w Polsce (1980-81, 1989, 2004) tak pochłonęły Polaków, w tym absolwentów UJ z „Żaczka”, że na pierwsze dwa „dziesięciolecia” zabrakło czasu. Pierwszy raz udało się nam skrzyknąć dopiero na 80-te urodziny akademika, w którym spędziliśmy wcześniej lata studenckie – w 2006 zorganizowaliśmy zjazd byłych mieszkańców i utworzyli Stowarzyszenie Mieszkańców „Żaczka”. Odtąd jednak spotykamy się już corocznie we wrześniu – w czym największa zasługa organizatorów i założycieli Stowarzyszenia: Janka Maurera (w akademiku 1964-67 jako student pedagogiki, potem jako kierownik 1969-80 – prezes Zarządu Stowarzyszenia), Antka Potoczka (1972-80, prawo – wiceprezes) i jego żony, Grażyny Potoczkowej (1975-80, filologia rosyjska i pedagogika – sekretarz Zarządu), Grażyny Pietroniowej (1973-77, filologia polska – członkini Zarządu), jej męża, Zbyszka Pietronia (1973-78, fizyka i astronomia – fotograf zjazdów) Stasia Ciągły (1975-80, prawo – wiceprezes), Stasia Dziedzica (1973-77, filologia polska, wiceprezes) Józka Piekarczyka (1973-77, matematyka – członek Zarządu), Józka Samka (1973.-77 geografia - skarbnik) i wielu innych – oraz przy życzliwym wsparciu rektorów UJ, prof. Franciszka Ziejki, prof. Karola Musioła, prof. Wojciecha Nowaka, a także, przez cały ten czas, prezydenta Miasta Krakowa, prof. Jacka Majchrowskiego i Fundacji Studentów i Absolwentów UJ „Bratniak” z Grzegorzem Murzańskim i Edytą Pogwizd.

 

Na 90-lecie istnienia akademika Stowarzyszenie Mieszkańców „Żaczka” wydało wielką (600 stron!) książkę „Żaczek – nasz dom. Wspomnienia mieszkańców legendarnego akademika”. Jej promocja odbyła się w czasie spotkania byłych i obecnych mieszkańców domu studenckiego w dniu 17 września 2016 – wspomnienia zebrane przez Staszka Szlezyngiera i zredagowane przez Danusię Górszczyk, bogato ilustrują zdjęcia zebrane również przez Stasia.

 

A Twoich wspomnień, Antek, w książce nie ma – nie zdążyłeś! No i niektórzy z nas także nie zdążyli ich z Ciebie wydobyć – i zapisać! Jestem wśród nich – i czuję się winny.

 

 

2.

 

Żałoba przystoi Grażynie, żonie Antka, ich dzieciom, Pawłowi, Oleńce i Ani – a też i nam, którzyśmy Go znali, kochali i nadal kochamy. Czy jednak – tylko żałoba? Ośmielę się zauważyć, że Antek chyba nie byłby zadowolony – a nawet zmartwiłby się widząc wokół smętne miny. Za bardzo kochał życie – i, śmiem rzec, po tamtej stronie kocha je tak samo...

 

Ech, Antek, groziłeś, że jeśli zabraknie kogoś z nas na 90-leciu, nie dożyje setki „Żaczka”! – i ze wszystkich Twoich frymuśnych żartów ten akurat wybrałeś, sam się nie pojawiając?

 

Mówiło się i mówi w takich razach: Requiescat in pace – niech odpoczywają w pokoju...

 

I znowu trudno sobie wyobrazić – Ty i spokój?! Miłosierny Boże!

 

Toteż spokojnie sobie wyobrażam, że Tam, gdzie nie wypada używać słów zaczynających się od „ch...” (i pochodzących odeń czasowników i przymiotników), od „k...” (i pochodzących odeń rzeczowników i czasowników), i zwłaszcza od „p...” (i pochodzących odeń rzeczowników i przymiotników), że otóż nawet Tam, za specjalną zgodą Opatrzności, używasz ich – albowiem skądś musi przecież Ona wiedzieć, jak mieszkańcy planety Ziemia wyrażają się o tym, co nie podoba się im, stworzonym wszak „na obraz Boży”...

 

No i innego Ciebie chłopaki i dziewczyny z „Żaczka” nie znają – zarówno Te i Ci, którzy już Tam są, jak i Te oraz Ci, którym Tam już bliżej niż dalej...

 

3.

 

Na koniec dedykuję Bohaterowi wspomnienia oraz tym Żaczkowiczom, którzy zechcą to przeczytać, fragment powstającej powieści „Pieta” – dobrze wiedząc, że Antek, człowiek niesamowicie oczytany (– Ze wszystkich znanych mi prawników przeczytałem najwięcej książek z literatury pięknej – mawiał, i była to prawda!), że nie cierpiał On lektury fragmentów: – Napisz i wydaj, a jeśli się o twoją rzecz pokłócą, przeczytam...

 

Może dlatego, że przez wiele lat pisałem reportaże, o sobie pisać nie umiem – i własnych wspomnień w świetnej książce „Żaczek – nasz dom” nie umieściłem. Wspomnienia z młodości są, jak być powinno, pogodne, pełne anegdot – ale też był to czas pierwszych zetknięć z rzeczywistością, nie zawsze radosną. Jedno z nich próbuję zapisać – tamtym językiem. Bohaterami powieści są ludźmi z minionego, XX stulecia – obecny, XXI wiek, wyznam, rozumiem coraz mniej...

*

 

XVIII. WERONIKA – KOLEKCJONERKA TWARZY

 

Po Marcu zlikwidowano kierunki filozoficzne w uczelniach – skupiały bowiem miłośników różnych mądrości, a miłować należało mądrość jedynie słuszną. Postanowiłem zdawać na polonistykę, w Krakowie – w Warszawie zbyt wiele przypominało mi wydarzenia ostatnich lat. Zdałem – i natychmiast zaciągnąłem się w poczet wieszczów in spe, awangardowych jak moment pomiędzy błyskawicą a gromem, szyderczych jak bąk na Gwiazdkę, wspaniałych jak Norwid w przytułku świętego Kazimierza. Pokażemy światu – jak się robi sztukę! Rodzicom – jak się robi dzieci! Dzieciom – jak urobić rodziców!

 

Pewnego dnia zjawiła się ona – też chciała pokazać się światu. A przy okazji – jak się robi fotoreportaż.

*

Wchodzi do pokoju w krakowskim akademiku „Żaczek” – bez pukania, bez słowa zdejmuje płaszcz, siada, zapala papierosa. Nie znam jej – jeszcze.

 

Po ostatnim wystąpieniu w Kole Młodych został pan bohaterem sezonu – zaczyna.

 

A na co pani w tym sezonie poluje? – podejmuję rękawicę.

 

Opuszczających kraj nazwał pan...

 

Kim pani jest?

 

Weronika.

 

A dalej?

 

Z „Życia Literackiego”.

 

Wystarczy.

 

Parząc herbatę tłumaczę, że najbliższy przyjaciel wyjechał, że wyjeżdżając nie potrafił mnie przekonać dlaczego wyjeżdża, że uważam nagonki na syjonistow, kosmopolitów itp. za hańbę, ale że on, polski Żyd, nie powinien się temu poddać.

 

To dziwnie brzmi w twoich ustach – przechodzi na ty.

 

Już mnie oznakowałaś – rewanżuję się. – Byłaś na tym zebraniu?

 

Słyszałam i czytałam.

 

– „Opuszczającym kraj twórcom śmierć artystyczna!”?

 

Jej pismo dało to na tytuł. Powiedziałem, że kto opuszcza kraj, ryzykuje, iż nie odnajdzie się w innym języku i nowym miejscu, może go czekać śmierć artystyczna, a każda śmierć napełnia smutkiem. Pełen tekst wystąpienia rozesłałem po pismach, które relacjonowały zebranie. Poza
”Tygodnikiem Powszechnym”, żadne go nie wydrukowało.

 

Cząstkowa prawda bywa gorsza od kłamstwa. Napiszesz to? – pytam.

 

Dobrze się zastanowiłeś? – pyta Weronika.

 

Wtedy się nie zastanowiłem, że na bólu po wyjeździe przyjaciela-Żyda można zbudować publiczne oszczerstwo. Powinienem był dodać, iż pomagano mu w tym wyjeździe bardzo natarczywie.

 

Dlaczego nie dodałeś?

 

Ponieważ uważam, że nie powinien był z tej „pomocy” korzystać.

 

To trudny temat.

 

Za trudny, żeby go podjąć?

 

Może kiedyś.

 

Gdy znowu zostanę bohaterem sezonu – prowokuję – pojawisz się z flintą?

 

Weronika wstaje – bez słowa idzie do drzwi, ale nie otwiera ich, lecz odwraca się i wyjmuje aparat fotograficzny.

 

Mogę? Parę małych fotografii.

 

Po co?

 

Kolekcjonuję twarze.

 

I do kolekcji potrzebna ci moja?

 

Wolałbyś pozować? – mruczy. – Zawiesiste spojrzenie natchnionego poety? Takie twarze są nijakie.

 

A to, co robisz, jest bezczelne! – warczę.

 

A teraz zacznij krzyczeć. Dobrze co zrobi. Głośniej!

 

Zostaw, bo ci roztrzaskam aparat! – zamierzam go jej wyrwać.

 

I gdy podchodzę do niej – ona gwałtownie chwyta mnie za szyję. Gorący, bardzo gorący pocałunek.

 

Została – na rok.

*

Wkrótce po tym seansie fotograficznym w jej piśmie ukazał się fotoreportaż – parę amerykańskich ujęć, trochę zbliżeń, i tytuł JAN SZCZERBIŃSKI PROTESTUJE. Miało być, że odwołuje, ale naczelny zmienił. W taki sposób Weronika tłumaczyła się przed sobą, ja przed środowiskiem, naczelny przed zwierzchnikami, a czytelnik nie wiedział, o co w tym wszystkim chodzi – w tamtym czasie czytelnik nie musiał wiedzieć za wiele, a ten, co chciał, czytał między wierszami.

 

I tak Weronika została fotoreporterką, ilustrowane tygodniki coraz częściej zamieszczały na rozkładówkach jej prace – w nich zawsze ktoś sugestywnie protestował, odwoływał, zaklinał, zapewniał, przysięgał, rozpaczał itp.

*

Pewnego dnia wróciła podniecona: – Byłam u lekarza, jestem w ciąży, tak się cieszę, a ty?

 

Nie wiem.

 

Nie cieszysz się?

 

Nie wiem.

 

Przeraziło cię to?

 

Nie wiem.

 

Mówisz tylko „nie wiem”.

 

Nie wiem! Nie wiem!! Nie wiem!!!

*

Znikła równie nagle, jak się pojawiła – wkrótce na rozkładówkach ukazały jej fotoreportaże, pełne noworodków, niemowląt, dzieci.

 

Wyjechała do Warszawy – zdejmowała dzieci, tylko dzieci.

 

Potem słuch o niej zaginął – po latach dowiedziałem się, że jest fotografem w miasteczku na Mazurach, robi zdjęcia do paszportów oraz fotografie rodzajowe z okazji chrzcin, pierwszych komunii, ślubów, jubileuszy, pogrzebów. Pracownię prowadzi pod nazwiskiem męża – mają dziewięcioro dzieci, adoptowanych. Swoich mieć nie mogła – każda myśl o niej wywołuje we mnie wyrzuty sumienia.

 

Różnie próbowałem tłumaczyć sobie tamto przeklęte „Nie wiem!!!” – młodością, niedojrzałością. Ale nic tak nie pogłębia poczucia winy, jak samousprawiedliwianie się – to nie ja mam sobie wybaczyć, lecz Weronika, wobec której czułem się winny, mi. A czuję się winny do dziś – bardzo!

*

Jedyną pamiątką po niej jest fotografia mojej matki, właściwie fotomontaż – mama z profilu patrzy na, trzymane w ręku, moje zdjęcie.

 

Zaprosiłem ją wtedy na wakacje do Betlejewa – wpadła jak po ogień. Miała być miesiąc – ogłosiła, że zostanie tydzień, wyjechała po trzech dniach: listonosz przyniósł telegram – ma się zjawić nazajutrz w Gdańsku, przyjechała „Abba”, słynny zespół szwedzki, redakcja chce foto na pierwszą stronę, może uda się rozkładówka...

 

Ale zdjęć napstrykała sporo – i każdemu z braci przysłała te swoje fotomontaże: na jednym z nich mama patrzy na Piotra, na innym na Andrzeja, na kolejnych na Filipa i na Kubę...

**

 

 

Leszek Wołosiuk (1973-78, polonistyka)